Mongolski Robak Śmierci!

Autor: Adam Davies
Tłumacz: Kormak
15 stycznia 2006


Kiedy pierwszy raz słyszysz o Mongolskim Robaku Śmierci zakładasz, że to żart. Brzmi to za bardzo jak potwór z filmu klasy B czy szczególnie kiepskiego komiksu, żeby było prawdą. Czerw długi na pięć stóp (1,5 metra) żyjący na rozległych i niezamieszkałych terenach pustyni Gobi, stwór ten znany jest plemionom mongolskich nomadów pod nazwą allghoi khorkhoi (czasem allerghoi horhai lub olgoj chorchoj) lub jelitowy robak, ze względu na podobieństwo do czegoś w rodzaju żywego krowiego jelita. Najprawdopodobniej jest czerwonego koloru, czasem według opisów ma ciemne plamy lub krosty, a czasami podobno ma kolczaste wypustki na obu końcach. Khorkhoi jest ponoć tak niebezpieczny, jak sugerowałby jego alarmujący wygląd. Strzyka zabójczym, żrącym jadem w kierunku ofiary i może zabić śmiertelnymi elektrycznymi wyładowaniami nawet z odległości kilku stóp.

Pierwsze wzmianki o tej niezwykłej bestii w języku angielskim pojawiły się w książce profesora Roya Chapmana Andrewsa z 1926 r. zatytułowanej On The Trail Of Ancient Man, jednakże ten amerykański paleontolog (najwyraźniej inspiracja dla postaci Indiany Jonesa) nie był do końca przekonany opowieściami o potworze, które usłyszał na zgromadzeniu mongolskich oficjeli: Nikt z obecnych nigdy nie widział tego stworzenia, ale wszyscy mocno wierzyli w jego istnienie i opisywali go w najdrobniejszych szczegółach. Czy śmiercionośny czerw jest więc tylko mitem, czy może istnieje gdzieś tam realne stworzenie, czekające na odkrycie?

W Internecie napotkałem na wiele historii, w których Mongołowie tak bardzo obawiali się tej przerażającej bestii, że po prostu milczeli i odmawiali rozmów na ten temat; że żyje na najbardziej niegościnnym terenie, gdzie inne mniej straszne bestie z pewnością by przepadły; i że może zabić tylko spoglądając na człowieka, strzelając błyskawicami z oczu! Szczególnie ta ostatnia część zwróciła moją uwagę. Stwierdzić, że jestem sceptykiem byłoby niedomówieniem, ponieważ nie była to pierwsza kryptyda, obdarzona taką magiczną mocą, na którą polowałem. Kilka lat wcześniej wybrałem się do Kongo w poszukiwaniu mokele m'bembe, żyjącego dinozaura, który według Pigmejów posiadał podobną kontrolę nad śmiertelną błyskawicą [w: Fortean Times, nr 145, s.32].

Czeski odkrywca Ivan Mackerle [w: FT 150:50] zorganizował dwie ekspedycje w poszukiwaniu allghoi khorkhoi (w 1990 i 1992) i zamierza powrócić tam tego lata. Tym razem planuje pilotować ultralekki samolot, z którego ma nadzieję ujrzeć stworzenie wygrzewające się na powierzchni. Oprócz zebrania wielkiej ilości informacji na temat stworzenia, głównie z nieokreślonych mongolskich źródeł, dokonał także kompilacji użytecznych i zwięzłych informacji o stworzeniu - lektura obowiązkowa dla wszystkich chętnych na łowy na Robaka Śmierci.

Podobna do kiełbasy glista, długa na ponad pół metra (20 cali), gruba jak męskie ramię i przypominająca krowie jelito. Ma krótki ogon, jakby odcięty, ale nie zwężający się ku końcowi. Trudno odróżnić głowę od ogona, bo nie posiada widocznych oczu, nozdrzy czy otworu gębowego. Jest koloru ciemnoczerwonego, jak krew albo salami. Porusza się na dziwne sposoby - albo się toczy, albo skręca się na boki, zarzucając szeroko na boki swoje ciało. Żyje pod ziemią na odosobnionych piaszczystych wydmach i w gorących dolinach pustyni Gobi, gdzie występuje saksauł (roślina pustynna, Haloxylon ammodendron – przyp. tłum.). Można go ujrzeć tylko podczas najgorętszych miesięcy roku, w czerwcu i lipcu. Później zakopuje się w piasku i śpi. Wychodzi na powierzchnię głównie po deszczu, kiedy grunt jest mokry. Jest niebezpieczny, bo może zabić człowieka lub zwierzę natychmiast, z odległości kilku metrów.

Ivan bardzo mi pomógł w organizowaniu mojej własnej ekspedycji, podsuwając mi kilka obiecujących miejsc, w których moglibyśmy zacząć poszukiwania zwierzęcia. Wszystkie relacje naocznych świadków opowiadały, według kartoteki Ivana, o spotkaniach ze śmiercionośnym czerwiem podczas najgorętszej pory roku - od czerwca do lipca - na południu Gobi, miejscu prawdziwie ekstremalnym, brutalnie gorącym latem, przeraźliwie zimnym w zimie. Jeśli miałem jakąś szansę odnalezienia śmiercionośnego czerwia, musiałem to zrobić latem.

Jako że nikt mnie nie finansował, musiałem zaoszczędzić wystarczającą ilość gotówki, żeby dotrzeć do Mongolii. Na początku czerwca 2003 roku wszystko było gotowe i ruszyłem. Dołączył do mnie stary kumpel Andy Sanderson, który już wcześniej towarzyszył mi w wielu innych wyprawach, i który zajął się większą częścią planów także tej ekspedycji. Jeszcze zanim wyruszyliśmy pojawiła się kwestia SARS [w: FT 172:32-37] i to nie tylko dlatego, że podróżowaliśmy przez Pekin. Jednak czekaliśmy więcej niż dwa lata aby urzeczywistnić naszą ekspedycję i nic nie mogło nas powstrzymać. Mimo to widok stewardess linii Air China w maseczkach i fartuchach, które witały nas na pokładzie samolotu na lotnisku Heathrow, był dla nas szokiem.

Pekin przypominał wymarłe miasto. Plac Tienanmen był opuszczony z wyjątkiem kilku osób puszczających latawce. Włóczyliśmy się po Zakazanym Mieście całkiem sami, nie licząc sporadycznych grupek chińskich żołnierzy maszerujących obok nas w maskach i fartuchach. Następnego dnia, po przejściu obowiązkowego badania temperatury, pojawiliśmy się w Ułan Bator i spotkaliśmy z naszą mongolską drużyną w składzie: Jagaa - kierowca, Bilgee - kucharz i tłumacz oraz Bayamba, który organizował nam różne sprawy w stolicy. Wieczorem podczas kolacji przejrzałem plan poszukiwań stworzenia, który przygotowałem. Mówiąc ogólnikowo, mieliśmy udać się na tereny położone na południe od Noyon, gdzie było najwięcej doniesień o spotkaniu z robakiem, zgromadzić relacje naocznych świadków, oszacować ich wiarygodność i zbadać obszar. Mieliśmy do dyspozycji GPS-y i najlepsze mapy, jakie mogliśmy zdobyć, ale mieliśmy też świadomość, że to miejsce mogło nie być szczegółowo badane od jakiegoś czasu - jeśli w ogóle było.

Drużyna szybko się zintegrowała, a Bilgee najwyraźniej zaaprobował nasz plan. Ostrzegał nas jednak: spędzimy całe tygodnie na Gobi, biwakując w otwartym terenie. To bardzo długo, wszyscy będziemy wyczerpani. Wyczerpani czy nie, będziemy mieli ograniczony czas i żeby zmaksymalizować nasze szanse odnalezienia stworzenia będziemy musieli zostać na niegościnnej pustyni Gobi jak najdłużej to będzie możliwe. Jasno dałem do zrozumienia, że takie są nasze intencje. Wznieśliśmy więc toast za nasz wyjazd i wyruszyliśmy.

Pierwsza rzecz, jaka uderza cię w Mongolii to jej ogrom i jej groźne piękno. Nie kończące się faliste wzgórza, na których widać czasem stado antylop lub śpieszącego się świstaka. Tamtejsi ludzie zaliczani są do najbardziej gościnnych i przyjaznych na świecie – o ile tylko ominiesz już ich wielkie, złe psy, które trzymają do ochrony przed wilkami.

Mongolskie jedzenie jednak, jak szybko i być może nieprzyjaźnie zdecydowaliśmy, lepiej zostawić Mongołom: baranina na śniadanie, obiad i kolację. Latem zakrapia się ją ajrakiem (inna nazwa kumysu, tradycyjnego napoju koczowniczych ludów centralnej Azji – przyp. Tłum.), sfermentowanym mlekiem klaczy (chociaż my podczas pobytu na Gobi mieliśmy głównie mleko wielbłądzicy), które smakuje jak kremowe, grudkowate, kwaśne mleko. Obyczaj jest bardzo ważny dla mongolskich nomadów, z których wielu nadal mieszka w ger, tradycyjnych namiotach z wojłoku (mongolska nazwa jurty, namiotu koczowników Wielkiego Stepu – przyp. tłum.). Byłoby niegrzeczne odmawiać naszym gospodarzom, więc jedliśmy i piliśmy co nam podawano, starając się wyglądać na tak wdzięcznych jak tylko nam się udawało. Bilgee udzielał nam rad co mogliśmy dać im odpowiedniego w zamian.

Podczas dalszej podróży biwakowaliśmy w pobliżu opuszczonego klasztoru. Otrzeźwiła nas świadomość, że zaledwie 10 lat wcześniej komuniści wymordowali wszystkich mnichów, którzy tu mieszkali. Właśnie w tym czasie pierwszy raz był tu Ivan Mackerle; być może historie o małomównych Mongołach, niechętnie rozmawiającymi z cudzoziemcami wzięły się stąd, że ich społeczeństwo było tak konsekwentnie represjonowane od czasów stalinowskich.

Kiedy siedziałem tej nocy w obozie, rozmyślając nad takimi sprawami, obok mnie prześliznął się mały wąż, unosząc ku mnie swą głowę. Wilczy wąż, powiedział Jagaa. Bardzo jadowity!

Stopniowo, wraz z naszą podróżą teren stał się coraz mniej zarośnięty, zieleń zamieniła się w brąz. Korzystałem z każdej okazji, by zapytać Mongołów o Robaka Śmierci. Wielu o nim słyszało, ale nie było mocnych wskazówek odnośnie jego miejsca pobytu. Na pierwszy większy trop wpadliśmy w Parku Narodowym Gobi.

Podczas rozmowy z jednym ze strażników Parku okazało się, że jeden z okolicznych mieszkańców wykonał rzeźbę Śmiercionośnego Czerwia; znajdowała się ona teraz w muzeum obok śnieżnych panter i kozic. Przewodnik znał również starego człowieka, który spędził wiele lat na badaniu opowieści o khorkhoi, a który mieszkał w turystycznym ger około 30 km stąd.

Po spędzeniu całego dnia na próbach wytropienia staruszka, w końcu usiedliśmy z nim i zaczęliśmy poważnie rozmawiać. Wskazał precyzyjne lokacje na naszej mapie gdzie moglibyśmy najlepiej zacząć poszukiwania. Wyjaśnił, że stworzenie pojawia się głównie w czerwcu i lipcu, że zagrzebuje się w piasku i że najwięcej obserwacji miało miejsce tuż po deszczu i kiedy kwitnie Goyo (roślina pasożytnicza z żółtymi kwiatami).

Szczególnie jedna z informacji dała nam powód do zmartwień: doliny, wspomniał starzec, są zamieszkiwane przez szczególnie dokuczliwego pająka, który nie bał się atakować ludzi! Podchodziłem do tego sceptycznie, bo mając doświadczenia z pająkami, wężami i innymi stworzeniami, które normalnie obdarzamy groźnymi właściwościami wiedziałem, że zazwyczaj znikają one na pierwszą oznakę kłopotów. Jednak Andy, dla którego pająki były najmniej lubianymi stworzeniami, wyglądał na poważnie zaniepokojonego.

Następnego dnia udaliśmy się do regionu nigdy nie odwiedzonego przez cudzoziemców i natrafiliśmy na pierwszą dobrą relację naocznego świadka – młody mężczyzna widział khorkhoi zaledwie trzy lata temu, nieopodal studni. Jak się okazało, w okolicznych wioskach znalazło się kilka osób, które widziały khorkhoi i bogatsi o te informacje postanowiliśmy porozmawiać z nimi przed podróżą w bardziej obiecujące miejsca.

Powiedziano nam, że w pobliżu lokalnej bazy wojskowej żyje bardzo wiarygodny świadek, człowiek o imieniu Kurvoo, który trzykrotnie widział stworzenie. Po odnalezieniu Kurvoo zadałem mu standardowe pytania – gdzie i kiedy go widziałeś, jaką miał długość, jak wyglądał itd. Nagle zostaliśmy aresztowani i zatrzymani pod strażą w naszym jeepie! Pułkownik z bazy wojskowej (człowiek, z którym zaledwie dzień wcześniej piłem wódkę) nagle nabrał podejrzeń, że możemy być chińskimi szpiegami! Andy i ja spędziliśmy resztę popołudnia będąc przesłuchiwanymi na zmianę zanim nie odwołaliśmy się do generała, który natychmiast nas uwolnił.

Od tej pory musieliśmy składać raporty z naszych poczynań (pułkownik najwyraźniej tęsknił za nami), ale poza tą niedogodnością byliśmy w dobrych nastrojach, podekscytowani fantastycznymi zeznaniami świadków, które udało nam się zebrać. Jedną z rzeczy, która mnie uderzyła, to wysoki stopień korelacji pomiędzy doniesieniami w zakresie opisów wyglądu. Wszyscy widzieli istotę podobną do larwy; większość wspominała o tym, że zagrzebuje się w ziemi; wszyscy opisywali ją jako podobną do węża. Jedno szczególnie obrazowe doniesienie pochodziło od mężczyzny, który przez pomyłkę dotknął khorkhoi; jego ramię zaczęło parzyć, więc włożył je do worka pełnego chłodnego ajraku, który zrobił się zielony od trucizny.

Uzbrojeni w te informacje, zdecydowaliśmy się spróbować szczęścia w trzech miejscach powiązanych z obserwacjami, w oparciu o ich bliskość do naszej aktualnej pozycji I czasu, jaki mieliśmy. Postanowiliśmy wędrować o różnych porach dnia, żeby znaleźć dowody na istnienie zwierzęcia. Najpierw przez dwie godziny z samego rana, po śniadaniu przez kolejne dwie godziny, po południu po lunchu i w końcu wczesnym wieczorem – w sumie minimum sześć, siedem godzin. Okazało się to ciężką przeprawą. Na pustyni, na wysokości, zaczynasz czuć jakbyś chodził w zbroi. W miarę jak robi ci się coraz goręcej i zaczynasz się dusić, twoje procesy myślowe zaczynają zwalniać i zaczynasz mówić niewyraźnie.

Nasz namiot też za bardzo nie pomógł. Przed wyjazdem rozmawialiśmy o kupnie specjalistycznego namiotu, skonstruowanego tak, by znosić wysokości, ekstremalne naświetlenie promieniami ultrafioletowymi i gorąco. Ale kosztował on ponad 400 funtów i po prostu nie było nas na niego stać. Jako że Mongołowie zaoferowali wyposażyć nas w namiot, zdecydowaliśmy zadowolić się tym. Niestety dla nas, okazał się to być dziecięcy namiot, kupiony w mongolskim odpowiedniku Tesco, udekorowany od wewnątrz klaunami i misiami! Co gorsza, czasem musieliśmy spędzać w nim po parę godzin, aby chronić się przed spiekotą, dochodzącą czasami do 49 stopni Celsjusza. Wystarczy, że powiem tyle: teraz patologicznie nienawidzę klaunów.

Niemniej jednak namiot stawił czoło naprawdę brutalnemu traktowaniu. Jednej nocy przetrwał potężną burzę piaskową i pod koniec ekspedycji był w lepszym stanie niż my. Klauny, w przeciwieństwie do nas, nawet w najcięższe dni potrafiły zachować maniakalne uśmiechy na twarzy.

Pierwsze obozowisko przyniosło tylko dużo śladów wilków i latające kleszcze, ale żadnych sukcesów na froncie poszukiwań khorkhoi, więc popędziliśmy do następnego. Czułem, że było to idealne miejsce dla tego stworzenia i w rzeczy samej widziano je tu wielokrotnie. Niestety, był to także dom wielu tysięcy kąsających much. Jednego dnia naliczyłem na sobie 50 okazów. Nawet kombinacje różnych sprawdzonych środków odpędzających insekty nie przyniosły ulgi. Niemniej jednak w tym właśnie miejscu Andy świętował swoje urodziny – wątpię, żeby szybko je zapomniał.

Ostatniego popołudnia w tamtym miejscu poinstruowałem Jagee, żeby zwinął obóz, podczas gdy Andy, Bilgee i ja wyruszyliśmy na naszą ostatnią wędrówkę. Kiedy zbliżaliśmy się do obozu, dostrzegliśmy Jagee machającego rękami w podnieceniu. Okazało się, że jeden ze straszliwych pająków schował się w naszym namiocie, a kiedy ruszył go, stworzenie zaatakowało go.

Teraz umocował się pod naszym zbiornikiem na wodę, a kiedy Bilgee go przesunął, pająk zachował się dokładnie tak, jak starzec opisał – podniósł nogi do góry i zaczął szarżować prosto na mnie! Odskoczyłem mu z drogi.

Zabij go! - krzyknął Bilgee.

Nie - nierozważnie powiedziałem - dajmy mu szansę.

Wtedy obrócił się ku Bilgee i wspiął się po jego nodze. Jedno ukąszenie byłoby bardzo trujące i mając na uwadze nasze położenie, bardzo niebezpieczne. Bilgee jakoś zdołał strzasnąć z siebie bestię.

Nie zniechęcony, potwór ruszył na Andy’ego.

Zabij go! - krzyknąłem.

W końcu ruszyliśmy do naszego ostatniego obozowiska. Po drodze zatrzymaliśmy się w ger starego mężczyzny, który był członkiem geologicznej wyprawy w roku 1948. Była to bardzo enigmatyczna postać. Snuł swoją opowieść przy herbacie, zgarbiony w swoim ger, przerywając czasem pociągnięciami tabaki.

Przypomniał sobie, jak jeden z geologów pierwszy raz ujrzał khorkhoi i zapytał go, czym dokładnie jest to stworzenie. Obaj byli bardzo zdenerwowani i zostawili zwierzę w spokoju. Następnego dnia ekipa ujrzała dwa kolejne okazy w tym samym miejscu – bezzwłocznie je spalili... Kiedy spytałem się starca, dlaczego to zrobili, odwrócił się ku mnie, spojrzał prosto w oczy i powiedział: Bo się baliśmy. Boję się tego miejsca. To złe miejsce. Od tamtego czasu byłem tam tylko dwa razy. Zobaczycie…

Mongołowie są bardzo przesądnymi ludźmi, więc Jagaa i Bilgee przybyli do naszego ostatniego obozu bardzo zaniepokojeni. Moim głównym zmartwieniem było to, czy mamy odpowiednią ilość wody na pobyt. Woda ze studni na pustyni Gobi jest bardzo słona, a od najbliższej z nich dzieliła nas spora odległość. Na miejscu była wielka grań wystającego piaskowca. Po dotarciu do podnóża mieliśmy wrażenie, jakbyśmy się gotowali, wpadając do gigantycznej patelni. Zgodziliśmy się, że miejsce to miało niepokojącą atmosferę. Odczucie to potęgowały jeszcze spore ilości szkieletów zwierzęcych, na które natrafiliśmy po drodze. Były to ofiary suszy z wcześniejszych lat.

Jako że kończył się nam zarówno czas i zapasy wody, musieliśmy podjąć decyzję o zawróceniu. Nie byliśmy bliżej odnalezienia nieuchwytnego Robaka Śmierci niż przed wyjazdem, pomimo wielu zebranych sprawozdań świadków. Rozczarowani, wyruszyliśmy ponownie do stolicy.

Podróż powrotna została ożywiona dzięki wizycie u Naddama, mistrza zapasów i znajomego Bilgee. Zgłosiłem się na ochotnika do pojedynku z nim, co okazało się jedną z najgłupszych decyzji w moim życiu. Biorąc pod uwagę mój zupełny brak doświadczenia, było to podobne do zachowania kogoś, kto nigdy nie boksował, a stanął do walki z Lennoxem Lewisem. Nawet mój twardy mongolski zespół, który zachęcająco zwracał się do mnie per wielki szefie, wyglądał na poważnie zaniepokojony.

Starałem się jak mogłem, ale rezultat można było z góry przewidzieć. Wyraźnie podziwiali moją chęć do robienia z siebie kompletnego idioty. Brat zapaśnika zaoferował, że zabije kozła, aby uczcić tą chwilę. Powiedział mi, że gdybym tam mieszkał, byłbym zapaśnikiem!

Pod koniec wyprawy, po przybyciu do Ułan-Bator, Andy i ja otrzymaliśmy wspaniały prezent – pierścień zrobiony z czterech splecionych wstążek srebra. Każda ze wstążek reprezentowała każdego członka ekspedycji. Było to dzieło brata Jagii, reprezentujące dozgonną przyjaźń, która się między nami zawiązała. Będzie to zawsze wzruszające przypomnienie tego, co było fantastycznym doświadczeniem, kiedy podróżowaliśmy do miejsc nigdy wcześniej nie odwiedzonych przez ludzi Zachodu. Nawet jeśli nie odnaleźliśmy Robaka Śmierci…

A co z tym tajemniczym stworzeniem, dla którego odnalezienia przebyliśmy tak długą drogę?

Cóż, pomimo braku sukcesu i faktu, że nie znaleźliśmy żadnego naukowego dowodu na jego istnienie, naprawdę wierzę, że ono gdzieś tam jest. Naturalne środowisko i niedostępność okolicy odpowiada stworzeniu tego rodzaju. Ekosystem jest w stanie je utrzymać przy życiu, a rozległe i niedostępne regiony, w których ma żyć, może tłumaczyć fakt, dlaczego nadal nie jest znane nauce. Co najbardziej imponujące, mamy wiele doniesień od naocznych świadków, żyjących wiele kilometrów od siebie, pokrywających się w wysokim stopniu ze sobą odnośnie opisów i detali..

Mogę tylko jak echo powtórzyć słowa Roya Chapmana Andrewsa: Gdyby tylko wiara w jego istnienie nie była tak silna i szeroko rozpowszechniona… a wszyscy nie opisywaliby zwierzęcia w dokładnie ten sam sposób, sam uwierzyłbym, że to tylko mit.

Wiem, że on gdzieś tam jest i życzę innemu badaczowi żeby udowodnił, że mam rację. Kto wie? Może sam spróbuję jeszcze raz.

Podyskutuj o tym artykule na forum!



blog comments powered by Disqus